Dziś można patrzeć na nią z brzegu albo z kajaka. Wstępu broni status rezerwatu przyrody, a gęsty las skrywa roślinę, która stała się symbolem gminy Przemęt. Trudno uwierzyć, że kilkadziesiąt lat temu na Wyspie Konwaliowej rozbrzmiewała muzyka, alejki wysypywano żwirem, na ławkach odpoczywali uczestnicy zabawy, a kolejnych gości dowożono z brzegu promem. Te czasy doskonale pamięta 91-letni Janusz Cichoszewski – dawny pracownik leśnictwa, strażnik ochrony przyrody i człowiek, którego z Wyspą Konwaliową łączy znacznie więcej niż zwykłe wspomnienie.
Do Osłonina jechałam w upalny sierpniowy dzień. Słońce mocno grzało, powietrze stało niemal nieruchomo, a droga prowadząca między jeziorami i lasami przypominała, że właśnie tutaj przyroda od pokoleń wyznacza rytm życia mieszkańców.
Jeszcze zanim weszłam na posesję mojego rozmówcy, wiedziałam, że natura nie jest mu obojętna. Wokół domu jest dużo zieleni – drzewa, krzewy, kwiaty. Nie ogród urządzony „pod linijkę”, ale miejsce żywe, bujne, takie, w którym od razu czuje się czyjąś troskę o rośliny. Później, podczas rozmowy, zrozumiałam, że podobnie jest z całym krajobrazem tej części gminy. Las, ptaki, jeziora i Wyspa Konwaliowa nie są dla pana Janusza atrakcjami zapisanymi w przewodniku. To fragment jego własnego życia.
Ta pierwsza obserwacja szybko znalazła potwierdzenie za drzwiami domu. Przy stole, wśród rodzinnych fotografii i pamiątek, zaczęła się opowieść, która co chwilę wracała do lasu, jezior i przyrody. A kiedy padło hasło „Wyspa Konwaliowa”, pamięć 91-latka natychmiast przeniosła nas o kilkadziesiąt lat wstecz.
Nie zaczyna od nazw roślin ani od dat. Najpierw pojawiają się ludzie. Leśniczy Kieszkowski, jego żona i dzieci. Potem muzyka, żwirowe alejki, scena, ławki. I maj.
– Odbywały się corocznie 15 maja, w Zofii, dancingi czy potańcówki, czy jak to nazwać – wspomina.
Sam sprzedawał bilety, a później przepływał wokół wyspy i doglądał tego, co się na niej działo. Pamięta nawet cenę wstępu: dzieci miały być przewożone bezpłatnie, dorośli płacili dwa złote.
Dziś taki obraz Wyspy Konwaliowej wydaje się niemal nieprawdopodobny.
Wyspa leży na Jeziorze Radomierskim i zajmuje 24,9 hektara. Dziś jest jednym z najcenniejszych przyrodniczo miejsc ziemi przemęckiej. Porasta ją ponadstuletni drzewostan z dębami, klonami, jesionami, olchami i lipami, a w runie rosną między innymi lilia złotogłów, czosnek niedźwiedzi oraz przede wszystkim konwalia majowa o charakterystycznym różowym zabarwieniu nasad pręcików. To właśnie ona stała się jednym z symboli gminy Przemęt.
Ale wyspa nie zawsze była miejscem niedostępnym dla mieszkańców.
Lasy Państwowe potwierdzają, że jeszcze w okresie międzywojennym, a następnie w latach powojennych organizowano tam tradycyjne festyny. Był plac taneczny, wytyczone ścieżki, a uczestników dowożono promem. Zabawy odbywały się wiosną i latem, a najhuczniejsze organizowano w Noc Świętojańską i na Zimną Zośkę.
W pamięci pana Janusza najmocniej została jednak właśnie Zofia – 15 maja.
– Tam tańczyli. […] Taka orkiestra była, grali. No, ładnie było – opowiada.
Dostanie się na miejsce samo w sobie było częścią wydarzenia. Prom, czy też duża barka, kursował między brzegiem a wyspą. Mój rozmówca zapamiętał pracowników obsługujących przeprawę i jednorazowo nawet kilkudziesięciu pasażerów.
– Może 60–70 osób na tej barce – szacuje. – Najgorzej było z powrotem, bo niektórzy ci młodzi wchodzili do wody i płynęli. Tam było 200 metrów. Ja tam płynąłem też na wyspę, ale ja byłem wysportowany.
W rozmowie pada nawet pytanie o kapryśną majową pogodę. Przecież 15 maja przypada „zimna Zośka”.
91-latek natychmiast protestuje.
– Ale nie padało, nigdy nie padało. W Zofii było zawsze ładnie.
A kiedy słyszy o „zimnej Zośce”, odpowiada bez wahania:
– To nieprawda. Ciepła Zośka była.
Trudno o lepszą puentę dla obrazu tamtych majowych zabaw.
Związek bohatera tej opowieści z tym miejscem nie ograniczał się jednak do sprzedawania biletów na festyn.
Przyroda i las pojawiły się w jego życiu wcześnie. Po przerwanej z powodu choroby nauce w szkole handlowej zatrudnił się w leśnictwie Mochy. Później trafił do leśnictwa w Perkowie. Zbierał nasiona grabu i szyszki, pilnował sadzenia lasu i żywicowania drzew, wypisywał również dokumenty związane z wywozem drewna.
To właśnie przez środowisko leśników znalazł się tak blisko Wyspy Konwaliowej.
Ale korzenie tej więzi sięgają jeszcze głębiej. Rodzina Cichoszewskich mieszkała wśród przemęckich jezior już w czasie wojny. Pan Janusz wspomina, że teren, na którym znajdują się dziś „Trzy Jeziora”, należał do jego bliskich. Jego ojciec miał tam cztery hektary i rozpoczął budowę letniego domu. Pod koniec 1939 roku przywiózł tam dzieci. Mój rozmówca zapamiętał podróż w zimnie i ciepłe cegły układane dzieciom pod nogami.
Las, jeziora, Perkowo, Mochy, Olejnica – to dla niego nie punkty na mapie. To krajobraz życia.
Historia Wyspy Konwaliowej ma jeszcze jednego bohatera, którego nazwisko pojawia się w opowieści 91-latka.
To prof. Janusz Bogdan Faliński, późniejszy wybitny botanik i ekolog, przez dziesięciolecia związany z Białowieską Stacją Geobotaniczną Uniwersytetu Warszawskiego. Urodził się w 1934 roku w Rakoniewicach i uczył się w liceum w Wolsztynie.
Pan Janusz pamięta młodego Falińskiego prowadzącego w okolicy obserwacje przyrodnicze. Wspomina również pobyt na wyspie wraz z bratem, który prowadził dziennik i trzy razy dziennie mierzył temperaturę wody.
Zewnętrzne źródła dopełniają tę historię. To właśnie Faliński i jego koledzy z czasów licealnych należeli do osób, które bardzo wcześnie dostrzegły konieczność ochrony miejscowej przyrody. W 1951 roku młodzież z Wolsztyna i Przemętu protestowała przeciw niszczeniu roślinności Wyspy Konwaliowej podczas organizowanych tam zabaw. W kolejnych latach z festynów zrezygnowano. 30 października 1957 roku wyspę oficjalnie uznano za rezerwat przyrody.
W pewnym sensie kończył się wtedy świat, który mój rozmówca zachował w pamięci: scena, muzyka, ławki, promy pełne ludzi i majowa zabawa.
Zaczynał się natomiast inny rozdział – ochrona miejsca, które okazało się znacznie cenniejsze, niż początkowo sądzono.
I właśnie w tym drugim rozdziale również znalazł dla siebie miejsce.
Najpierw należał do Ligi Ochrony Przyrody, później został strażnikiem ochrony przyrody.
– Byłem w Lidze Ochrony Przyrody, a później byłem strażnikiem ochrony przyrody – mówi.
Pytany, od kiedy trwała ta działalność, umieszcza jej początek na przełomie lat 1960 i 1961. Opowiada, że przydzielono mu teren związany z ochroną przyrody, między innymi w rejonie Olejnicy i Osłonina, a on sam przygotowywał coroczne raporty dotyczące znajdujących się tam oczek wodnych.
Dlatego o Wyspie Konwaliowej mówi nie tylko jak ktoś, kto pamięta na niej własną młodość. Mówi jak człowiek, który przez dziesięciolecia obserwował przyrodę tej części gminy.
Pamięta konwalie. Widział je z bliska. Pamięta łabędzie i dzikie gęsi. Zna ptaki, interesuje się zwierzętami. I choć sam mógł zostać myśliwym, nigdy tego nie chciał.
– Natura jest mi bliska – mówi krótko.
Obok lasu, przyrody i dawnych historii w jego opowieści bardzo szybko pojawia się jeszcze jeden ważny temat – rodzina. O córce i wnuczkach mówi z wyraźną dumą. Co chwilę pokazuje fotografie, wraca do kolejnych osiągnięć i miejsc, do których zaprowadziło je życie.
Ma jedną córkę – Dorotę Magdalenę. Ukończyła Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, studiowała filologię skandynawską, ze specjalnością związaną z językiem norweskim. Później zamieszkała we Wrocławiu i została mamą dwóch córek.
I tutaj historia rodziny prowadzi już daleko poza Wielkopolskę.
Jedna z wnuczek, Ida, wybrała astrofizykę. Studiowała w Manchesterze, a dziadek z dumą opowiada o jej pracy naukowej, zagranicznych wyjazdach i doktoracie. W czasie naszej rozmowy czekała na ocenę złożonej pracy doktorskiej. Doskonale pamięta jej kolejne etapy kariery, kraje, w których przebywała, obserwatoria, do których trafiała, a nawet to, że hiszpańskiego nauczyła się podczas pobytu na La Palmie.
Druga wnuczka, Melania, poszła w stronę chemii. Studiowała w Sztokholmie, a później jej życie zawodowe i prywatne związało się z kolejnymi europejskimi miastami. W czasie naszego spotkania dziadek opowiadał, że mieszkała w Amsterdamie.
Można odnieść wrażenie, że choć rodzina rozjechała się po świecie, Osłonin pozostaje dla niej jednym z ważnych punktów na mapie. Szczególnie pięknie brzmi opowieść o Idzie. Jej dziadek wspomina, że wnuczka zapowiadała swój przyjazd, a kiedy rozmowa zeszła na przyszłość, miała powiedzieć mu, że kiedyś, na emeryturze, chciałaby tutaj zamieszkać.
– Dziadek, tak jak ja będę na emeryturze, to ja tu będę mieszkać, będę miała gołębie, kury, wszystko – przytacza jej słowa.
Może więc przywiązanie do tego miejsca również przechodzi z pokolenia na pokolenie. Wnuczka bada odległe zakątki wszechświata, przemierza Europę, pracuje naukowo, ale gdzieś w jej planach pozostaje niewielki Osłonin – z lasem, jeziorami, ptakami i domem dziadka.
Rodzina jest dla gospodarza domu równie ważna jak miejsce, w którym żyje. Podczas spotkania wielokrotnie wraca do bliskich, pamięta daty, kierunki studiów, podróże i rodzinne historie. Ta sama „komputerowa pamięć”, o której żartuje, przechowuje zarówno obraz dawnej Wyspy Konwaliowej, jak i losy kolejnych pokoleń Cichoszewskich.
Paradoks historii Wyspy Konwaliowej polega na tym, że masowa obecność ludzi, która dla mieszkańców była źródłem pięknych wspomnień, stała się jednocześnie zagrożeniem dla miejsca, które pokochali.
Festyny niszczyły roślinność. Dlatego przyszła ochrona. Dzisiaj na wyspę nie ma swobodnego wstępu. Aktualne dokumenty gminy wskazują, że celem ochrony jest zachowanie ekosystemów lasów liściastych wraz z całym bogactwem siedlisk i różnorodnością biologiczną. Wyspę można natomiast oglądać między innymi z jeziora, którym biegnie popularny Konwaliowy Szlak Kajakowy, oraz z punktów na brzegu.
Dawny strażnik ochrony przyrody doskonale rozumie potrzebę ochrony tego miejsca. Gdy podczas rozmowy pojawia się pomysł ponownego otwarcia wyspy, natychmiast zastrzega, że nie chodzi mu o zwyczajne udostępnienie rezerwatu.
Znacznie więcej emocji budzi w nim to, co dzieje się na wodzie. Z żalem mówi, że – w jego ocenie – na jeziorach jest dziś mniej ptaków niż dawniej. Jako jedną z przyczyn wskazuje ruch łodzi motorowych. To osobista obserwacja mieszkańca i wieloletniego miłośnika przyrody, ale dobrze pokazuje sposób, w jaki patrzy na rodzinne strony: nie jak na turystyczną dekorację, lecz jak na żywy organizm, który łatwo naruszyć.
Od końca XIII wieku wyspa przez kilka stuleci znajdowała się w posiadaniu przemęckich cystersów. Później przeszła w ręce państwa pruskiego. Była miejscem zabaw, wycieczek, badań, sporów o ochronę przyrody i wreszcie rezerwatem.
Zmieniały się pokolenia i sposób myślenia o przyrodzie.
Zniknęła scena. Nie kursuje już prom z tłumem uczestników majowej zabawy. Nikt nie kupuje biletu za dwa złote. Muzyka nie niesie się po Jeziorze Radomierskim.
Pozostała wyspa.
I pozostała konwalia – na tyle ważna, że gmina Przemęt nazywa się dziś Krainą Kwitnącej Konwalii, a kwiat trafił do jej znaku promocyjnego.
Pozostali też ludzie, którzy pamiętają czas sprzed rezerwatu.
Janusz Cichoszewski jest jednym z ostatnich świadków świata, w którym Wyspa Konwaliowa nie była miejscem oglądanym z daleka, lecz częścią codziennego życia mieszkańców. Pływał na nią, sprzedawał bilety, patrzył na tańczących, a później sam uczestniczył w ochronie miejscowej przyrody.
W pamięci zachował świat, którego już nie ma. Wyspę z alejkami wysypanymi żwirem, sceną, ławkami i orkiestrą. Zofię, na którą płynęły całe rodziny. Prom mieszczący – jak zapamiętał – kilkadziesiąt osób. Młodych, którzy w drodze powrotnej czasami zamiast czekać na przeprawę, wskakiwali do wody i płynęli do brzegu.
A kiedy wraca pamięcią do majowych potańcówek, nie mówi o przepisach, datach ani statusie rezerwatu.
Mówi po prostu:
– To nie była Zimna Zośka. W Przemęcie jest Ciepła Zośka.
Dziś Wyspa Konwaliowa jest inna. Cicha, chroniona i niedostępna. Być może właśnie dlatego w opowieści pana Janusza tak wyraźnie słychać tęsknotę za dawnym krajobrazem – nie tylko za wyspą, lecz także za ptakami, które pamięta, za jeziorami sprzed lat i za światem, w którym człowiek żył znacznie bliżej natury.
Kiedy kończymy rozmowę, gospodarz nie zamyka po prostu drzwi i nie żegna się w progu. Wychodzi ze mną przed dom i odprowadza mnie do samochodu.
Znów jesteśmy wśród zieleni, którą zauważyłam jeszcze przed naszym spotkaniem.
Po drodze zatrzymuje się przy kolejnych roślinach. Pokazuje mi drzewa, opowiada o kwiatach. Widać, że zna ten ogród i że naprawdę go obserwuje. Nie przechodzi obok roślin obojętnie.
W pewnym momencie zatrzymujemy się przy róży.
– Proszę powąchać – zachęca.
Pochylam się nad kwiatem. Zapach jest intensywny, piękny. Zachwycam się nim zupełnie spontanicznie.
I chyba właśnie wtedy najlepiej rozumiem mojego rozmówcę.
Przez kilka godzin opowiadał mi o konwaliach, lasach, ptakach, jeziorach i wyspie, która towarzyszy mu niemal przez całe życie. O przyrodzie mówił czasem z troską, czasem z żalem, czasem z dumą, ale zawsze z zainteresowaniem.
Teraz wystarczyła jedna róża.
Ja zachwyciłam się jej zapachem. Tak jak on od dziesięcioleci potrafi zachwycać się przyrodą.
Wsiadam do samochodu. Zostawiam za sobą zielony ogród w Osłoninie i jego 91-letniego gospodarza.
A w głowie zostają mi dwie rzeczy: zapach róży i zdanie, którym chwilę wcześniej przekreślił całe ludowe przekonanie o majowym chłodzie:
– Ciepła Zośka była.
I przez chwilę niemal można sobie wyobrazić muzykę dobiegającą spomiędzy drzew.


















